wprost proporcjonalnie…

…do temperatury na słupku termometru dziś. Panie i Panowie. Oto własnej roboty najprawdziwszy sweter z lopi!

 

xoxo! W następnym poście, jakoś pewnie w poniedziałek, będzie prawdziwa bomba, stay tuned, już prawie skończyłam :>.

damn you, sartorialist!

I weź się tu człowieku ogarnij, oj, jak codziennie na nowe cudo się trafia. Ażur + warkocz + szary (no, może ja bym zrobiła ciemniejszy) + dekolt łódka + luźne rękawy = want want want!

doroczna zmiana oręża

To co, trochę zaklinania lata dla odmiany?

Siedzę sobie spokojnie w wolnej chwili w pracy, przeglądam zaległości na Sartorialiście, a wtem…!

Challenge accepted!

Jak co roku

Jak co roku o tej porze, kompletnie nie wpasowałam się w pogodę.

Drobiazg, który Wam dzisiaj pokażę jest nie tylko kaszmirowo-merynosową mieszanką dzierganą w ciągu tygodnia w lipcu, który będziemy wspominać jako „ten tydzień wakacji, kiedy chodziliśmy w kożuszkach”. Jest też pierwszą rzeczą nie dla dziewczęcia, jaką miałam przyjemność zaprojektować.

Poproszono w marcu, wyszło w lipcu (jak to zwykle ze mną), ale wyszło. Materiał celowo wybrany mało drażniący, wyszedł mniej więcej tak, jak chciałam. Jedyne informacje, jakie udało mi się od zamawiającego wyciągnąć dotyczyły rodzaju dziergadła („zrób mi komin!”) i koloru („no taki szary, Misiowaty”). No to jest.

Debbie Bliss Cashmerino Chunky, dwa moteczki, jedno popołudnie. Wzór z książeczki, którą kiedyś się chwaliłam (która zresztą od tego samego pana pochodzi), ściągacz wokół zaimprowizowany, bo nie podobał mi się brzeg, poza tym i-cord bind off, a konstrukcja zerżnięta stąd. I jak?

na biało

Muszę sobie koniecznie sprawić manekina. Nie wiem co prawda jeszcze, gdzie bym go mogła postawić, ale pokusa jest ogromna. Mam nadzieję, że Ewa mnie nie przechrzci, jak się dowie, że zakradłam się do jej pokoju, żeby sfotografować moje najnowsze dokonanie… To mi wyszło z jasnego kaszmirowego Manos Lace, o którym było niedawno. Zdjęcia, jak na mnie i mój aparat, przyzwoite, ale nie oddają połysku włóczki, niestety, który nadaje jej domieszka jedwabiu. Wdzięcznie się drapuje, jest miękka i ma szlachetny ciężar. Z wysokiej półki ta dzianina – a ja ją chętnie sprzedam, jeśli ktoś ma ochotę :-).

Candy u Kai!

Szybko, bo uciekam zaraz ze strefy zinternetyzowanej – jest candy na Womb Arcie - http://wombart.blogspot.com/2011/06/candy-do-wygrania-wzor-semele-po-polsku.html - można wygrać wzór na Semele, a mnie się on marzy, oj! – więc podaję info dalej, a nuż uśmiechnie się szczęście ;)

Sorry, że ostatnio same informacyjne te posty, ale cóż, taki czas, że do drutów nie bardzo mi po drodze. Ale to się zmieni!

WWKIP Day!

Światowy Dzień Dziergania w Miejscach Publicznych zbliża się wielkimi krokami, przypada bowiem już w tę sobotę :) Nie miałam jeszcze dotąd okazji brać w nim udziału, tym chętniej więc spróbuję w tym roku…

Facebookowe wydarzenie jest tutaj: http://www.facebook.com/event.php?eid=208568999178315

Sobota, 11 czerwca, godzina 18, miejsce do sprecyzowania na fejsie.

Podajcie dalej i widzimy się! :)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

teaser trailer #2

To na górze to baby alpaka/jedwab/kaszmir (kolor ma troszkę złamany, tzw. naturalny). To na dole to jedwab z merynosem (grafitowy). Nie mam pojęcia, co z tego będzie. Ale już nie mogę się doczekać <3.

ETA
notatka z metki jasnego Manos Lace: MANOS del URUGUAY The Hands of Uruguay, is a non profit organization which assembles over 400 artisans in cooperative scattered throughout the countryside of Uruguay. The aim of the organization is to bring economic and social opportunities to rural women.

Zaległości (też i te islandzkie)

Po pierwsze: pokażę, co tam z żółciuchnej zawartości kartonu powstało (a tak z połowa jeszcze została, mam ochotę machnąć z tego jakiś efektowny szal, może wreszcie coś estońskiego nie z moheru – się zastanawiam).

Załapałam się jakiś czas temu na wyprzedaż u Herbatki i stąd nieoczekiwany karton musztardowo-złoto-żółtej po prostu wełenki. I tak sobie dłubią, dłubiąc z niej, nie wiedząc, na ile toto starczy, wydłubałam. Wzorek z pokazywanej niedawno książeczki. Konstrukcja – raglanowa, jak zwykle ostatnio. I w połowie wpadłam na to, że chcę kaptur, więc jest kaptur.

Teraz sobie myślę, że mogłam jednak jeden sweter wreszcie zrobić taki, żeby się go dało zapiąć, a nie taka haftka na środku (póki co gościnnie w roli haftki różowy marker KP ;)). Ale jest, jak jest. Robiłam kompletnie na pamięć, jest talia, są potem kliny w części ażurowej (śmiesznie się pofalowały w towarzystwie tego wzoru). A z ciekawszych spraw – jest grafting w czterech miejscach ;) Dotąd nie zszywałam tą metodą takich połaci dzianiny i trochę się bałam, jak to wypadnie, ale ostatecznie pochlebiam sobie, że jest nie do zauważenia, ha. Wiecie, gdzie? ;)

I zbliżenie na falujący klin:

To teraz część druga zaległości – islandzkie dzianie! Składające się z podpunktów. Podpunkt pierwszy: Zacznijmy od tego, że 4 sierpnia roku przeszłego Piotr spytał na FB, czy reflektuję na motek włóczki, który znalazł na ulicy. Ten oto:

W zeszłym tygodniu dostałam w łapki. Nie jest niebieskawe ;). Pomacawszy stwierdziłam, że jest to wełna 100%, dośćmocno skręcona i drapiąca. Ilość skarpetkowa, więc…

Jak widać, stchórzyłam, że jednak braknie – i połowa skarpetki jest z jasnego léttlopi :). Skończę to chyba dzisiaj, bo już naprawdę mam dość pozaczynanych rzeczy :/.

A oto i podpunkt drugi: lopapeysa :-).

Tyle wełny jeszcze mi zostało – a zrobiłam już cały korpus. Więc chyba będzie festiwal zimowych skarpetek, na szaliki toto zbyt drapiące.

Korzystam z gotowego wzoru stąd: można sobie wybrać zarówno gatunek lopi, z jakiego się dzierga, jak i wersję z długim lub krótkim rękawem. Tylko wzór jest po islandzku, ale z małą pomocą Google Translatora udało się go rozwikłać (a przynajmniej taką mam nadzieję…). Dopiero przy rękawach zreflektowałam się, że autorka nie uwzględniła wrabianych wzorków przy makietach i dole korpusu, więc zaimprowizowałam. Ale w colorworku muszę się jeszcze podszkolić, bo robię za ciasno:

Więc trzeba będzie spróbować jeszcze raz :-). I zdecydowanie muszę się z tym colorworkiem ogarnąć zanim przejdę do karczku, bo tam to dopiero jest wyższa szkoła jazdy.

A poza tym czekam na listonosza. Tak, mało mi i musiałam kupić jeszcze to i to. I to. Mam ochotę na jakieś szawletki, kruca! I żałuję ogromnie, że nie zrobiłam zdjęć tej trawiastej, która Ewa dostała w prezencie ode mnie. Ech, ech. Bo właśnie coś podobnego sobie muszę sprawić :). Może Semele?

teaser trailer

cdn

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.