Photo 25.05.2012 17 45 20

znowu przyszło lato

Więc znów u mnie wełny i kaszmiry. I ogólnie dość gorąco.

Skończyłam pracę na konkurs. Nie powiem wam, którą, bo nie jestem pewna, czy nie byłoby to jakoś wbrew regulaminowi (w końcu prace wrzucane są anonimowo), ale myślę, że można poznać bez większego problemu, czy to po opisie, czy po zdjęciach. Głosowanie będzie za parę dni, ale zdaje się, że głosować mogą tylko osoby, które założyły sobie w sklepie konto przed którymś tam kwietnia, nie będę się więc bawić w kampanie (i bardzo dobrze, nigdy za tym nie przepadałam).

Tak, każde zdjęcie to inna wersja. A nie są to wszystkie.

Podejść do marynarskiego z bawełny było tyle, że dramat. Tracę powoli nadzieję, że w ogóle powstanie. Ale mam jego obraz w głowie cały czas, nie mam pojęcia, czemu go po prostu nie zrealizuję. Każda próba kończy się klapą; w tej chwili zatrzymałam się gdzieś na wysokości pasa (czyniąc od dołu) i nie wiem, co dalej – szkoda mi znów pruć, z drugiej strony widzę, że dzianina wychodzi za sztywna, żeby się przyjemnie układał (to znaczy zgodnie z tym, co mam w głowie).

Z granatową cieniutką alpaką zresztą wcale nie lepiej. Kupiłam ją z myślą o czymś cienkim, zwiewnym, estońskim. Trochę mniejszym niż namiot, ale podobnie wyrafinowanym, jeśli chodzi o wzór. I co, i skończyło się raczej na dłubaniu arcyszybkiego Summer Flies, którego nawet nie skończyłam, bo zirytował mnie – nie mam pojęcia, dlaczego! – tuż przed samą końcówką. Kompletnie bez sensu i chyba tylko po to, żeby coś tam mieć na drutach zaczęłam któryś ze sweterków z VK, ale nie ma nawet co o tym wspominać, nie zrobiłam więcej niż cal.

Cud, że przy całym tym rozkojarzeniu w ogóle skończyłam projekt na konkurs. Do Edynburga nie wzięłam nawet żadnej robótki ze sobą (tylko książkę; chyba dorastam). Za to w Edynburgu postanowiłam dogodzić sobie zakupem szkockiego kaszmiru. Trafiłam do uroczego sklepiku na Grass Market, gdzie sprzedawczyni dziergała sobie ze stoickim spokojem Stripe Study Shawl, ucięłyśmy sobie krótką pogawędkę, a ja potem zostawiłam straszne pieniądze, kupując pięć motków szetlandzkiej wełny i dwa ręcznie przędzionego kaszmiru z merino.

Oczywiście ledwo dotarłam do domu, wrzuciłam go na druty. Z czymś równie luksusowym w dotyku chyba jeszcze nie pracowałam. Włóczka ma strukturę sznurka, ale tak miękkiego, że mam ochotę nie dziergać już nigdy z niczego innego. Szkoda, że kolor trochę nie mój. Ale ładnie pasuje do szetlanda; pomyślałam, że kontrast faktury podkreśli miękkość tego drobiazgu. Już kończę, jestem w 1/4 bordiury. Zostanie mi prawie cały motek kaszmiru i cztery szetlanda – coś czuję, że będą czapka i rękawiczki do kompletu. Czyli praca akurat na lato :-).

Przy okazji, póki pamiętam. Kochani, co roku, kiedy zbliża się jesień, a raczej: kiedy już zaatakuje zima, pojawia się przynajmniej kilka życzeń czapkowo-szalikowych. Coś czuję, że i w 2012 może być podobnie, więc apeluję, jak zwykle, o zgłaszanie się z podobnymi marzeniami teraz, latem. Kiedy mam szansę wyrobić się zanim zaczną nam marznąć uszy i paluszki :).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s