O książce. I spowiadanie się z raglanów

Zaczęłam właśnie kompletować materiał do wpisu poświęconego wzorom i wełnom norweskim – chyba nie muszę, przynajmniej części z was, tłumaczyć, dlaczego ;) – kiedy trafiłam na Amazonie na książkę Traditional Scandinavian Knitting. A w środku (google books pokazuje spory podgląd) dużo wzorów i jeszcze więcej historyczno-teoretycznego wstępu. Więc zanim zająknę się choć słówkiem na temat tradycyjnych nordyckich dzianin, pozwólcie, że najpierw zapoznam się z dziełkiem Sheili McGregor. Poczekam tylko do wypłaty.

W międzyczasie słówko na temat masowego produkowania swetrów. Jakiś czas temu powzięłam mocne, naprawdę mocne postanowienie pozbycia się wszystkich zalegających w szafie zapasów. Cel: mieścić się w jednym pudle! Na pierwszy ogień poszło więc to, co zajmowało najwięcej miejsca.

Historya smutna acz wielce przez to pouczayąca

Kiedyś tam, w zamierzchłej przeszłości postanowiłam wydziergać dla siebie cudowny sweterek z sówkami, który dziergali absolutnie wszyscy. Kupiłam w tym celu dużą ilość ciemnozielonego Merino Soft Katii. Zrobiłam próbkę, która pasowała idealnie, więc z wielką radością zabrałam się do pracy. Nie doczytałam jednak jednej ważnej rzeczy… składu owego niewinnego merino. Więc kiedy gotowy sweterek – pasujący na mnie jak ulał! – włożyłam do letniej wody, ach, serce się kraje, kiedy sobie to przypomnę… Wyciągnąwszy, odkryłam, że udziergałam właśnie genialne wdzianko dla szympansa lub innego stworzonka, któremu łapy zwisają do kostek. Tak, moi drodzy, merino superwash w praniu bardzo lubi się rozciągnąć, więc każdą próbkę trzeba zmoczyć i wysuszyć nim się zacznie cokolwiek z takiej wełny robić. Ja zaś popełniłam kolejny błąd! Próbowałam sweter ratować, piorąc… w gorącej wodzie. Jak się pewnie spodziewacie, rezultat był opłakany, wełna sfilcowana, nadająca się w najlepszym razie do sprucia. Co też uczyniłam.

Od tamtej pory felerna włóczka w ilości  bardzo dużej leżała sobie spokojnie w worku w szafie. Jakiś berecik z niej trzasnęłam, potem komin… Aż wreszcie nie mogłam na nią dłużej patrzeć. Wzięłam mniejsze druty i zaczęłam od góry jechać pierwszym w mojej karierze improwizowanym raglanem robionym od góry. Początek oparłam na znalezionym na ravelry wzorze, potem poszło już samo. Na dłuższe rękawki włóczki nie starczyło. Tym razem w praniu żadnego rozciągnięcia ni skurczenia!

A wrabianie rękawów – czysta przyjemność.

Nie znoszę drutów pończoszniczych, zaś magic loop doprowadza mnie do szewskiej pasji, więc zwyczajnie przemęczę się zawsze przez pierwszych kilka rzędów rękawa robionych na płasko, potem leci z górki – a że zszyć trzeba na końcu, to już naprawdę niewielki problem.

Na podomkę też się nada

Zaczęły się siarczyste mrozy, więc sięgnęłam po najcięższy kaliber, jaki miałam w zapasach. Sześć motków Merino Bulky. Niestety, w różnych kolorach, ja za colorworkiem (jeszcze) nie przepadam, więc zdecydowałam się na paski. Pojęcia nie miałam, na ile mi tego starczy, więc raglan od góry wydawał się rozwiązaniem idealnym. Brakowało mi w szafie jakiegoś kardigana, więc zamiast jechać na okrągło, zrobiłam „pęknięcie” w połowie przodu. W ten sposób wyszedł mi kształtny dekolt pod szyją, choć może niekoniecznie w moim typie. Miałam nadzieję, że cztery motki szare z czarnymi dadzą mi jakąś sensowną długość, żebym nie musiała sięgać po pasujący jak pięść do nosa róż, ale niestety.

O całości powiem tak: konstrukcja banalna jak budowa cepa, robota absolutnie bezmyślna (a jaka przy tym szybka!), sweter nieprzyzwoicie ciepły. Koloru i dekoltu szkoda, przez to nadaje się tylko na absolutnie zwalające z nóg temperatury (może gdzieś w góry, gdzie nie trzeba szczególnie wyglądać) i chyba raczej nie na publiczne występy… A może się mylę ;)

Z cienizny nie zawsze trzeba chustę

Po chuście wielkiej jak namiot i projekcie Tulik zostało mi jeszcze bardzo, bardzo dużo metrów turkusowej Alpaki T/25. A że marzy mi się od jakiegoś czasu już długi, cienki sweterek z szalowym kołnierzem (o mniej więcej takiej konstrukcji), postanowiłam sama coś wymyślić. Pomocny był, jak zawsze, raglan generator. Zaczęłam więc od narzucenia szalonej ilości oczek i konstrukcji jak przy podomce. Efekt?

Niestety, do szalowego dorabianego kołnierza miało się to nijak. No bo co, podszyć te kanty pod szyją? podwinąć? wtedy przecież kołnierz nie będzie układał się prosto. Wiedziałam, co zrobiłam źle. Nie trzeba było wcale nabierać oczek na przód! Spruć nie sprułam (dzięki temu mogę wam teraz ten błąd pokazać), urwałam nitkę i zaczęłam robić od nowa. Tym razem zapowiada się o wiele lepiej. Tylko oczywiście znudziło mi się szybko robienie dżersejem i musiałam sobie skomplikować życie nie tylko przez wprowadzenie ażuru – sama sobie musiałam ten ażur wymyślić. Tylko teraz zupełnie mi się nie podoba i ze cztery ostatnie rządki trzeba jednak spruć. I cierpliwie dżerseić.

Będzie więcej wieści – o tym, na czym właściwie polega raglan, jakie są różnice między robieniem od góry i od dołu, jakie są techniki itp. i o konstrukcji szalowego kołnierza – jak tylko się z tym niebieszczakiem uporam i będzie co pokazać. Niech mi tylko włóczki starczy, bo to ma być pozbywanie się zapasów, a nie ich namnażanie!

4 thoughts on “O książce. I spowiadanie się z raglanów

  1. tak czytam i czytam, i dochodzę do wniosku, że stajesz się coraz bardziej profesjonalna w tym co robisz :) oby tak dalej! ;*

  2. Kiedy Ty masz na to czas?? Śpisz czasami?;)
    A ja stoję w miejscu i nie robię postępów, bo i w ogóle nic ostatnio nie robię. Ale może przyjdzie czas i wrócę do jakiejś regularności w druceniu ;)

  3. @ Kasia
    a wiesz, to jest takie uniwersyteckie skrzywienie, nawet robienie na drutach można unakawiać :D

    @ Ewa
    e no, to nie jest tak, że ja te sweterki popełniłam jakoś bardzo ostatnio ;) zielony jest z połowy grudnia, kardi w paski robiłam na ósemkach, więc naprawdę robota na półtora sezonu Mad Men ;)
    a zanim dodziergam się z niebieskim do czegoś sensownego, to będzie lato, jak Bozię kocham, póki co klnę nad szanownym kołnierzem, bo jedno okrążenie trwa milion lat… A rękawów jeszcze nawet nie dotknęłam, to dopiero będzie przebój!

  4. Ja tylko chciałam o tym kardiganie. Wiesz, on jest taki trochę przaśny i siermiężny (choć ja takie dekolciki w łódkę lubię niezmiernie, więc to jest zupełnie ok), ale w tej przaśności jest jakiś urok, jakaś dezynwoltura. Ode mnie ma +1.

    Jeśli chodzi o norweskie wzory, to przeraża mnie fakt, że ni nie żadna historia czy zaginiona tradycja. Norwegowie naprawdę noszą takie swetry. Groza.

    I jeszcze jedno. Joseph zabrał mnie na spacer po mieście i pokazał sklep podobny do tych, które są w różnych zakątkach Kazimierza, choćby na Miodowej. Wiesz, takie z ręcznie robionymi rzeczami, recyklingiem etc. I mieli masę filcowych i włóczkowych rzeczy. Koniecznie muszę tam jeszcze pójść i zrobić Ci zdjęcia, żebyś mogła okiem profesjonalisty ocenić jakość wyrobów.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s