A sweet little nothing to wear

Kłaczek, moherek, obłoczek. Kapturek. Najcieplejszy przezroczysty sweter świata.

1.3 motka naturalnej Luny Madame Tricote, druty 4.0, czasu nie liczyłam. Po ażurach i warkoczach śliwkowego płaszcza (następny w kolejce do fot) musiałam zająć się czymś maksymalnie nieskomplikowanym – a w tym popularnym ostatnio sweterku z Rebeci najbardziej skomplikowany element to kaptur.

Rozpisany bardzo prosto, choć teraz myślę, że mogłam zrobić trochę większy i nie zakańczać na plecach oczek, tylko przełożyć na holder (widzicie ten szew na następnym zdjęciu? byłoby bez niego). No i mój drugi kitchener w życiu – czerwone strzałki pokazują miejsce, gdzie kończyła mi się nitka i szew jest już ściśnięty. Ale zakład, że przed strzałkami nie umiecie powiedzieć, gdzie zszywane. Magia! ;)

Skończyłam go dziergotać nad morzem na wczasach – zmusiłam się jednego dnia do wykończenia rękawów, a kolejnego do ich zszycia. Z każdym kolejnym swetrem coraz mniej lubię kombinowanie z rękawami. Chciałam, żeby były dłuższe, więc zanim zaczęłam realizować opis, dodałam 4 cm – a i tak wyszły długością na styk. Czy ja mam jakieś niewymiarowo długie ręce? Zrobiłam też dłuższy korpus. Nie lubię przykrótkich sweterków.

Oczka nabierałam metodą knitted cast on, zakańczałam tym super elastycznym zakończeniem – dlatego się zwija i jest w ogóle taki „niezobowiązujący”. Oczka są oczywiście nieregularne – cienka nitka z nierównomiernym oplotem i duży rozmiar drutów, nie wiem, czy da się zrobić równo w takich warunkach – mnie wychodzi radośnie nierówno i bardzo mi się to podoba (pamiętacie Partyzantkę?). Ale mam wrażenie, że sweterek dobrze wygląda tylko z jasnym podspodkiem.

Model nadaje się do machnięcia z każdej innej włóczki, mam wrażenie. Bardzo wdzięczny do przeróbek i chyba na każdym będzie fajnie wyglądał. Taka moja pamiątka znad morza :)

Ze smutniejszych wieści – wywaliłam fioletowo-szary sweterek w sowy z Australa. Paskudnie się sfilcował :/.

A teraz, co mi się marzy?

Szalik z tego:

albo z czegoś bardziej amarantowanego, ale równie szlachetnego.

Sweterek z tego:

Czyli dajcie mi kredyt.

A w ogóle to wciągnęłam się też ostatnio w getry. Zrobiłabym sobie wszystkie takie:

Knitty Spring 2008 – Mosey Legwarmers

Drops 102-38

Thigh High Footless Socks (trzeba się zalogować)

Hm. To chyba nienajgorszy pomysł na wykończenie zalegających resztek włóczki w szafie (z gatunku „za dużo, żeby wywalić, za mało na sweter)…

Jeśli zaś chodzi o rozdawajkę, to zapraszam do zapisywania się w poprzednim wpisie (jeszcze ze dwie osoby i będzie ;)).

6 thoughts on “A sweet little nothing to wear

  1. Te getry są absolutnie, całkowicie przecudowne! Nie wiedziałem, że takie piękne rzeczy istnieją…

    Zabawny ten sweterek, rzeczywiście prawie jakby go nie było :) Urocze.

  2. Ja właśnie kończę pierwszą rękawiczkę, projekt własny, ale niestety akrylowy (skusił mnie kolor, a nie spojrzałam na materiał!) i mam chyba tyle samo ochoty na jakieś legwarmersy co i Ty =D Ach, gdyby tak jeszcze mieć odnóżyny szczuplejsze : (((

  3. A ja skończyłam pierwszy komin, ale okazał się kompletnym niewypałem :( robiłam na oko i wyszedł za szeroki, żeby się ładnie układał wokół szyi i jednocześnie za krótki, żeby go owinąć na dwa razy. Teraz robię kolejne podejście. Znowu na oko i jak mi kolejny raz nie wyjdzie, to serio, zabiorę się za jakiś wzór ;)

  4. Tak, to pewnie jest równie ciepłe jak mgiełka! Trochę casus cienkich rajstop – mężczyźni nie wierzą, że może być w nich ciepło ;)

    Ostatnie getry – te wysokie i kolorowe – och, lowe!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s