Miłe złego początki…

…a koniec żałosny. Ale może nie tym razem.

Przedstawiłam się szeroko w dziale o mnie, nie będę się już tutaj powtarzać – nie jestem też fanką zachowawczych „pierwszych wpisów”. Pozwólcie więc, że przejdę od razu do sedna, czyli do dziergania.

Mam w tej chwili na tapecie kilka projektów, jak to w wakacje – jak to przed sesją. Żaden z nich nie idzie jak burza, ale też nie jest jakoś tak, żebym siedziała przykuta do włóczki w ostatnim tygodniu czy dwóch.

Idąc chronologicznie, najstarszy z moich niezakończonych projektów to obrus z Ondori Crochet Lace 2008 – dziergany z łączonych kwadratowych elementów, dzięki czemu mogę przystosować rozmiar do stołu w pokoju. Chciałam zrobić na niego coś odświętnego, a beżowa koronka powinna ładnie wyglądać na ciemnym drewnie.


Zużywam na niego Tulipem 1.0 mm wygrzebaną wśród wszechobecnej w Galerii Krakowskiej Aidy DMC Babylo 20 w kolorze ecru (partia 503 – zapisuję sobie to tutaj na okoliczność dokupienia, która zapewne nastąpi szybciej niż bym chciała) – który to kordonek jest jednym z moich największych odkryć ostatnio. Przywykłam do sztywnej Aidy, nie chciałam wracać do DMC Classic kiepskiej jakości (w moich motkach zawsze były jakieś paprochy wkręcone w nić, fatalna rzecz), a nie mają tu Snehurki. Skusiłam się więc na Babylo i jestem zachwycona: bardzo gładka, ma ładny połysk i jest niesamowicie mięciutka, jak na takie ilości łańcuszka we wzorze. Ina już zaklepała sobie tę nitkę na mitenki, ale nimi zajmę się, kiedy obie będziemy miały trochę więcej czasu. Póki co, obrus leży w worku, bo i szydełkowanie zeszło na dalszy plan…

Kiedy byłam w lipcu u rodziców, w poszukiwaniu podręcznika do francuskiego przetrząsnęłam całą domową biblioteczkę. Moje zdziwienie było spore, kiedy trafiłam na całą półkę książek poświęconych dziewiarstwu, ukrytych gdzieś w głębi szafy. Oprócz paru albumów splotów, które już raczej znałam z innych źródeł, trafiłam na książeczkę o szydełku tunezyjskim. A że w Galerii, jak się okazało, mają i tunezyjskie szydła, to nowokupiona zielona włóczka poszła natychmiast w obroty.

Nauczyłam się podstawowych oczek, a że byłam świeżo po pierwszych, bardzo nieudanych próbach opanowania drutów, doceniłam obecność haczyka na końcu patyka :). To idealna kolejność dla szydełkującego ortodoksa próbującego przejść na druty – technika tunezyjska jest jak pomost między jednym i drugim.

Zrobiłam w sumie trzy próbki, z jednej planowałam nawet ponczo w paski, ale nic z tego nie wyszło; dokupiłam włóczki i zabrałam się z zapałem za mój pierwszy drutowy sweter.

Z drutami w ogóle było śmiesznie, bo kupiłam sobie rozmiar 2.0 mm, sugerując się szydełkiem, a dobrałam na nie włóczkę, którą normalnie przerabiałabym szydłem 3.5 – więc oczywiście wszystko wychodziło mi za ciasno i rzuciłam w kąt, opanowawszy tylko trzy techniki nabierania oczek na drut i zasadę „na drut rozmiar większy albo na dwa”. Dopiero po powrocie z Mysłowic kupiłam druty 3.5, więcej zielonego Classica z Inter-Foksu i coś tam mi zaczęło wychodzić. A że jestem w gorącej wodzie kąpana, to po paru próbnych rzędach zaczęłam rozglądać się za wzorkiem, zrobiłam próbkę, przeliczyłam z grubsza rzędy (tak, tak, możliwe, że przez tę niedokładność wyjdzie mi jakiś dziki rozmiar; ale podjęłam to ryzyko, bo pierwszy sweter i tak rzadko się nosi ;)) i zabrałam się do nauki warkoczy.

Spory skok: z jednego szydełka do aż trzech drutów, no ale nie porywam się przecież jeszcze na skarpety! I tak oto umiem już oczka prawe, lewe, brzegi dzianiny węzełkowe, oczka krzyżowane na prawo i na lewo, przerabiać dwa oczka na prawo i na lewo, przeciągać na prawo, narzuty i oczka przekręcone. Właśnie dlatego, że to dość skomplikowany wzór dla początkującego boję się, że efekt końcowy mnie rozczaruje, ale muszę się teraz powprawiać: Ewa przywiezie mi z Poznania osiem motków Luny! Zawsze chciałam mieć moherowy sweterek, a mama mi nie chciała kupić, to teraz sobie udziergam. Planuję z nich: szal na jesień, choć jeszcze nie jestem pewna, który – za to na pewno w kolorze jasnego fioletu; prosty sweterek, żeby poćwiczyć wykroje – na to zamówiłam rudy melanż; bluzkę na Sylwestra, bo nie mogę się oprzeć ażurkom: z brązowej nici ze złotym oplotem.

Rozważam więc parę wzorów, ściągam sobie darmowe wykresy z Vogue KnittingRavelry, póki mam transfer. A wakacje się kończą…

2 thoughts on “Miłe złego początki…

  1. Nie siedzisz przykłuta do włóczki? Z perspektywy mojego łóżka wygląda to tak, jakbyś non-stop szydełkowała ;) A warkocze dla mnie – laika – zawsze wyglądały efektownie i są chyba synonimem dziergania, więc warto.

  2. Oj no dzisiaj przecież nic nie zrobiłam (prawie) ;) Warkocze w ogóle, jak widzę, robią się coraz bardziej modne, widziałam nawet wzory naśladujące celtyckie ornamenty z książki iryjskiej (zamówienie na nowy szalik? ;))

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s