Zaległości (też i te islandzkie)
Po pierwsze: pokażę, co tam z żółciuchnej zawartości kartonu powstało (a tak z połowa jeszcze została, mam ochotę machnąć z tego jakiś efektowny szal, może wreszcie coś estońskiego nie z moheru – się zastanawiam).
Załapałam się jakiś czas temu na wyprzedaż u Herbatki i stąd nieoczekiwany karton musztardowo-złoto-żółtej po prostu wełenki. I tak sobie dłubią, dłubiąc z niej, nie wiedząc, na ile toto starczy, wydłubałam. Wzorek z pokazywanej niedawno książeczki. Konstrukcja – raglanowa, jak zwykle ostatnio. I w połowie wpadłam na to, że chcę kaptur, więc jest kaptur.
Teraz sobie myślę, że mogłam jednak jeden sweter wreszcie zrobić taki, żeby się go dało zapiąć, a nie taka haftka na środku (póki co gościnnie w roli haftki różowy marker KP ;)). Ale jest, jak jest. Robiłam kompletnie na pamięć, jest talia, są potem kliny w części ażurowej (śmiesznie się pofalowały w towarzystwie tego wzoru). A z ciekawszych spraw – jest grafting w czterech miejscach ;) Dotąd nie zszywałam tą metodą takich połaci dzianiny i trochę się bałam, jak to wypadnie, ale ostatecznie pochlebiam sobie, że jest nie do zauważenia, ha. Wiecie, gdzie? ;)
I zbliżenie na falujący klin:
To teraz część druga zaległości – islandzkie dzianie! Składające się z podpunktów. Podpunkt pierwszy: Zacznijmy od tego, że 4 sierpnia roku przeszłego Piotr spytał na FB, czy reflektuję na motek włóczki, który znalazł na ulicy. Ten oto:
W zeszłym tygodniu dostałam w łapki. Nie jest niebieskawe ;). Pomacawszy stwierdziłam, że jest to wełna 100%, dośćmocno skręcona i drapiąca. Ilość skarpetkowa, więc…
Jak widać, stchórzyłam, że jednak braknie – i połowa skarpetki jest z jasnego léttlopi :). Skończę to chyba dzisiaj, bo już naprawdę mam dość pozaczynanych rzeczy :/.
A oto i podpunkt drugi: lopapeysa :-).
Tyle wełny jeszcze mi zostało – a zrobiłam już cały korpus. Więc chyba będzie festiwal zimowych skarpetek, na szaliki toto zbyt drapiące.
Korzystam z gotowego wzoru stąd: można sobie wybrać zarówno gatunek lopi, z jakiego się dzierga, jak i wersję z długim lub krótkim rękawem. Tylko wzór jest po islandzku, ale z małą pomocą Google Translatora udało się go rozwikłać (a przynajmniej taką mam nadzieję…). Dopiero przy rękawach zreflektowałam się, że autorka nie uwzględniła wrabianych wzorków przy makietach i dole korpusu, więc zaimprowizowałam. Ale w colorworku muszę się jeszcze podszkolić, bo robię za ciasno:
Więc trzeba będzie spróbować jeszcze raz :-). I zdecydowanie muszę się z tym colorworkiem ogarnąć zanim przejdę do karczku, bo tam to dopiero jest wyższa szkoła jazdy.
A poza tym czekam na listonosza. Tak, mało mi i musiałam kupić jeszcze to i to. I to. Mam ochotę na jakieś szawletki, kruca! I żałuję ogromnie, że nie zrobiłam zdjęć tej trawiastej, która Ewa dostała w prezencie ode mnie. Ech, ech. Bo właśnie coś podobnego sobie muszę sprawić :). Może Semele?









Żółte jest cudowne <3 A za własnoręcznie wydziergany islandzki sweter z prawdziwej islandzkiej wełny zwyczajnie Cię nie lubię! ;p
Cieszę się, że się podoba! a własnoręcznie dziergany islandzki sweter jeszcze może nie wyjść, więc jeszcze się z nielubieniem wstrzymaj :*.